Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Londyn, Harrods i Justin

Yedynolandia

yedynak

Londyn, Harrods i Justin

W Londynie nie ma czego pokazywać.

Jeśli mówimy o ludziach, którzy patrzą na miasta, miejsca na świecie i na ludzi - poprzez siebie. Jeśli operują własnymi wizjami, czują czego szukają i chcą więcej, choć nie wiedzą dokładnie czego.

Londyn jest bardzo skupionym w sobie miastem, choć wielkim. Jego architektura jest interesująca, choć uwielbiam w nim tylko zaułki, miejsca gdzie nie docierają turyści i marzenia, które snują się po niektorych ulicach od wieków.

Lubię jego zapachy i dyskretnie wylegające na ulice restauracje, z jeszcze dyskretniejszymi kelnerami.

Nie lubię zakupów w Londynie i ich nie robię. 

Kiedyś wszedłem do Harrodsa ubrany jak do dżungli. Kupiłem male pyszne mleko w butelce na dole i chodziłem z tym mlekiem po całym tym przybytku dla bogaczy. Trzecie piętro było wtedy zamknięte, bo zakupy robił akurat Justin Timberlake. Ale wszedłem tam na legitymację dziennikarska i bajer, że umówiłem się z nim tam na wywiad. Na szczęście towarzyszyła mu spora ekipa i nikt nie pytał kto i po co, gdy zobaczyli mój emblemat NGF. Sam Justin mi wisiał i nie przeszkadzaliśmy sobie. Widziałem z daleka jak pił kawę, a sześciu ludzi z obsługi tańczyło wokół niego angielskiego walca. Ja wziąłem kawę z automatu, dolałem mleka z butelki i zacząłem przymierzać krawaty od Teda Lapidusa. I nikogo nie interesowało, że te eleganckie krawaty nie pasują do mojej katany i dżinsów. Miałem na sobie dobry zegarek, który otwierał mi dzrwi szybciej niż moja legitymacja. Goryle Justina też nic nie powiedzieli. Nikt nie pytał i nie oczekiwał odpowiedzi. Sprzedawca wiedział, że krawat to początek zakupów i uśmiechał się słodko. Ja byłem sympatycznie/uprzejmie zimny dla niego, jak nakazuje angielska tradycja.

Wybrałem jeden krawat ze względu na nieziemską Kolorystykę. Nie lubie i nie używam krawatów w ogóle, ale to było dzieło sztuki. I zabrałem w podróż ten krawat, a sprzedawca zabrał się w tę podróż ze mną. I dyskretnie zaczął mnie ubierać. I dyskretnie ze mną rozmawiał. Najpierw o pogodzie.

Powiedziałem na początek, że nie mogłem zaparkować jeepa przed jego sklepem i to mnie zdziwiło bardziej niż ta nie halo pogoda dzisiaj. Sprzedawca przeprosił i spytał czy mogą przeparkowac mój samochód w związku z tą niedogodnością. Odpowiedziałem, że nie daję prowadzić nikomu poza mną. Sprzedawca zmienił temat Na Teda Lapidusa i jego szyk. Ja zadzwoniłem do Paolo, powiedziałem gdzie jestem i że atakują mnie rzeczy Lapidusa, którego tak naprawdę nie czuję.

I poczułem, jak Paolo skrzywił się przez telefon, a potem zaprosił mnie do Mediolanu, gdzie temperatura była o jakieś 20 stopni wyższa, a szmaty lepszej jakości i tańsze. Powiedziałem sprzedawcy, że stylista z Włoch odradza mi Lapidusa. Sprzedawca nie bronił Lapidusa i zaproponował Armaniego. Wtedy powiesiłem sobie krawat Lapidusa na szyi, żeby zrobić mu przyjemność, a on skoczył natychmiast po drugą kawę.

Kiedy w końcu podliczyłem za ile ten facet mnie ubrał, okazało się, że hyba nigdy nie miałem tyle na koncie. Powiedziałem sprzedawcy, że przestałem czu bluesa do zakupów. Że chciałem wyda określoną kwotę, a te wszystkie propozyje są grubo pod tym limitem. W nagrodę za kłopot ja postawiłem mu kawę, oddałem mu krawat i powiedzialem, że wróce tu kiedyś z mniejszymi pieniędzmi do wydania. Gość był zadowolony i przemiły. Był doskonale wyszkolonym sprzedawcą. Przyjął ode mnie wizytówkę NGF, żeby móc dostować ofertę do moich wymagań w przyszłości. Rozstaliśmy się jak starzy przyjaciele i nareszcie mogłem pojechać czerwonym trajlusiem do dzielnicy doków.

I dopiero w dokach nad Tamizą zacząłem normalnie oddychać. W autobusie było za dużo japońskich świstów wokół mnie. Za dużó odgłosów migawek aparatów, których miałem na jakiś czas dość. A mieszanka dezodorantów różnej maści prawie groziła wybuchem.

Doki przyjeły mnie ciszą. Trochę szeptała Tamiza, ale dyskretnie. Słońce schowało się za chmurami, po angielsku znudzone porą lunchu. Usiadlem na nabrzeżu i zamyśliłem się. Spodobało mi się to, więc zamyśliłem się jeszcze raz. Tak bez myślenia. Czyste zamyślenie. Przegrzany Harrodsem mózg był wdzięczny za tę odrobinę relaksu. Moje stopy nie dotykały Tamizy, ale czuły ją. Czułem przyjemny chłód, a z okna przyglądała mi się jakaś równie chłodna angielska twarz. Wyciągnąłem aparat, żeby nie nabrała podejrzeń i mogła zniknąć. Byłem sam. I odjeżdżałem z zamkniętymi oczami w tych ekskluzywnych plenerach doków przerobionych na apartamenty dla ludzi spod innego nieba.

Kiedy ocknąłem się wieczorem, taksowka zawiozła mnie do Ronniego Scotta. Tam objął mnie jazz i nie puścił aż do 4 w nocy. Bo są tylko trzy jazzowe kluby na świecie: "Big Blue" w Chicago, "Ronnie Scott" w Londynie i "Morning" w Paryżu. Reszta to szuwaks.

I wtedy u Ronniego ciągnąłem od początku bourbona i skakałem pomiędzy kontynentami i czasami. Lou jakaś tam, śpiewaczka, stworzyła taką geometrię dźwięków wokół mnie, że zachciało mi się znowu uczyć matematyki. Przed godziną duchów przeskoczyłem piętro wyżej, gdzie kilku muzyków robiło jam w zgodzie z wyobraźnią i fantazją tamtej nocy. Zjadłem loda w pucharku na zakończenie, a barman przywołał taksówkę. Taksówka zabrała mnie do Hyde Parku, gdzie był mój mały pensjonat. Zasnąłem jak kamień, a moj Londyn nade mną czuwał.

 

 


Głosuj (0)
yedynak 17:36:13 17/05/2013 [Powrót] Komentuj